Archive for Grudzień, 2012

Nowy Rok

Święta i po świętach. Mam nadzieję, że drobna przerwa w pisaniu z racji tego, że człowiek siedział z rodziną i jadł ciasto będzie wybaczona. A teraz skupmy się na tym, co jest ciekawe dla Was. Dla nas też, bo można powiedzieć że będzie to drobna rewolucja.

Blog jest fajny, prawda? Co jakiś czas można poczytać co piszczy w trawie, co Google i Facebook, największe firmy w branży, robią i mam nadzieję, że przedstawiam to na tyle zrozumiale, że nie potrzeba nikomu słownika. Dlatego też w ramach edukowania od stycznia będziemy publikować krótkie filmiki. Ich tematyka będzie różna. Szczegóły zobaczycie na własne oczy, jednak zapowiadam, do człowieka z wąsem (ok, to się może zmienić) i w kapeluszu (to raczej się nie zmieni) trzeba będzie przywyknąć. Chcieliśmy zatrudnić Bruce Willisa, ale niestety nie miał czasu. W każdym razie nie będzie to na pewno cykl filmików najeżony trudnymi i skomplikowanymi słowami, bo sam ich nie lubię.

Co jeszcze z naszych wieści? Będą konkursy. Cieszycie się, prawda? Ja myślę, że tak, szczególnie że nagrody są całkiem miłe. Ogólnie konkursy będą różne, bo nie lubimy monotonii. Tak więc należy uważnie śledzić naszego Facebooka i patrzeć co jest do wygrania i za co. Zresztą, po coś mamy zakładkę z konkursami na blogu. Na razie nie napiszę nic więcej, bo nie lubię psuć niespodzianek.

A teraz czas na zabawy z kryształową kulą. Niestety, numery Lotka nie chcą się pojawić. Ale wiemy co knuje Google. Na pewno większe znaczenie będzie ustawione pod zawartość stron. Czemu? Bo Google kocha Użytkowników, a ci nie lubią ton spamu w postaci bezsensownych stron. Pewnie też będzie zachęcać do migracji na Google+, o czym pisałem przed Świętami. Z domysłów o Google to jest szansa, że ich Okulary (te od rozszerzonej rzeczywistości) wyjdą na przyszłe Święta. W czerwcu wychodzi zestaw dla twórców za skromne półtora tysiąca dolarów. W sumie to z naszą firmą nie na nic wspólnego, ale ja takie okulary z chęcią przygarnę.

Z innych, bardziej powiązanych zapowiedzi i wieści, Facebook działa coraz mocniej jako platforma reklamowa, tak więc pewne osoby z pewnością zmienią miejsce do pokazywania zdjęć swego kota, psa czy siebie. Na pewno znów coś zmieni w swej polityce, z racji nowych reklam oraz tego, że daje coraz więcej narzędzi do tworzenia aplikacji.

Co do życzeń, bo z nimi na koniec wypada się pojawić, to życzę w imieniu swoim i Eppearance szczęśliwego Nowego Roku, licznych radości z dnia codziennego oraz podwyżek.

Czas na nowy poziom!

Obiecałem, że raz na jakiś czas będę dawać informacje, które są świeżutkie. No to lecimy, Facebook, największy portal społecznościowy na świecie nieco zmienia zasady, na jakich będą wyświetlane reklamy u niego.

Jak ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział: „ruchome obrazki są fajniejsze niż nieruchome” i na bazie tego pomysłu pojawiła się idea reklam wideo. Co prawda, znając politykę Facebooka, to jak będą wyglądać dowiemy się dopiero, kiedy będziemy je widzieć na żywo. To co wiadomo w tej chwili nie jest zbytnio optymistyczne. Po pierwsze, praktycznie zatwierdzono, że reklamy będą odtwarzać się same. Dla reklamodawców to wygodne, bo czy chcemy, czy nie będziemy widzieć reklamy, że tak powiem, odpalone. Drugi pewnik to czas reklam, 15 sekund, czyli będą to raczej migawki niż reklamy, jakie znamy z telewizji. Umiejscowienie reklam jest na razie owiane tajemnicą, niektórzy mówią o panelu po prawej, gdzie tradycyjnie widać reklamy. Inna opcja, i osobiście na nią stawiam mój dzienny przydział zupek chińskich, to że będzie to w formie jaką obecnie mają posty sponsorowane. Powody są dwa, po pierwsze większa powierzchnia reklamowa, czyli większe zyski z reklam. Po drugie, użytkownik musi to zobaczyć, szukając postów swoich znajomych.

Jakie będą dla nas, zwykłych użytkowników, konsekwencje? Takie jak zawsze, kiedy ktoś wpycha nam reklamy, które możliwe że nie tylko same będą się włączać, ale możliwe że będą jeszcze same odtwarzać dźwięk. Rano wstajecie, pijecie kawusię a tu reklama pieluszek atakuje z Facebooka. Podsumowując, Google się na pewno ucieszyło z tych reklam. W końcu, zbuntowani użytkownicy pójdą tam, gdzie reklamy nie są tak drażniące.

Być hitem

Co jakiś czas pewne rzeczy w Internecie deklasują inne. Czasami jest to zdjęcie kota z miną, którą mogę opisać tylko jako wybitnie zdegustowaną i obrażoną. Jakby w coś wdepnął i to coś nie było niczym przyjemnym. Innym razem jest to nieco pulchny Koreańczyk śpiewający o dzielnicy Gangnam w Seolu i tamtejszych zwyczajach. A w jeszcze innym wypadku jest to człowiek, który sprawdza co się stanie jak spróbuje odtworzyć reklamy na żywo, wliczając w to przyklejenie się super-klejem do sufitu.

W sumie to podałem kilka jedynie hitów ostatnich tygodni. Istnieją dwa wytłumaczenie tego, czemu pewne „memy”, rozumiane możliwie szeroko, stają się hitami a inne mają mniej kliknięć niż szympans na wrotkach. Pierwsze to masa naukowych terminów z nauk społecznych na temat teorii memów i wirusowatości kultury. Ogólnie, mówiąc po ludzku, każda „idea” nieważne czy to jest Generalna Teoria czy zdjęcie obrażonego kota, jest bytem kulturowym i potencjalnie może się roznosić jak grypa (wyjątkowo modna w tym sezonie). Teoria prosta, miła i przyjemna, więc nie trzeba zbytnio nad nią debatować. Z drugiej strony, odpowiedź na pytanie czemu pewnym wirusom się udaje, a pewne umierają śmiercią tragiczną to temat na długi i poważny wywód, w dodatku z terminami, które nie do końca są jasne. W skrócie, im coś szybciej się przenosi, tym większa szansa, że będzie trwać dłużej, bo zdąży zarazić więcej osób.

Teoria druga wynika z czegoś bardziej prostego. Ludzie, ogólnie rzecz biorąc, lubią się śmiać, odpoczywać. A wszelkiej maści „memy” są w tym wypadku odpowiednikiem dobrej reklamy. Po prostu można je łatwo przekazać dalej, same się sprzedają. Hm, znów mam skojarzenie z grypą, wybaczcie. Wracając do teorii marketingowej: reklamy, aby być skuteczne muszą być widoczne. „Memy”działają na odwróconej zasadzie. Z drugiej strony, część z nich to fragmenty kampanii reklamowych albo wręcz reklamy, które są tak kreatywne/głupie (zdarza się, że jedno i drugie), że ludzie oglądają je z własnej woli. Praktycznie mówimy tu o złotym runie, koronie, Graalu czy jak kto chce to zwać, każdego marketingowca. Tworzysz reklamę, która sama się roznosi, sama promuje, sama przynosi dochody. Eh, pomarzyć zawsze można.

Co można z takowymi rzeczami zrobić? Zasadniczo to niewiele, wszak same z siebie istnieją, a to która stanie się kolejnym hitem, często jest zaskoczeniem dla samego twórcy. Owszem, jest to zaskoczenie całkiem miłe, szczególnie jeśli idą z nimi pewne środki na prowadzenie kanału, w ramach partnerstwa z YouTube. Czy można to praktycznie wykorzystać? Oczywiście, że tak! Tylko, że nikt nie umie przewidzieć, co wyjdzie. Taki drobny szczególik.

Drobny żarcik

Czemu nie mamy kanału, na którym publikujemy wieści tak gorące jak tylko to jest możliwe? Po pierwsze, mimo że chcemy dawać naszym Czytelnikom wiadomości to jednak chcemy, aby były one sprawdzone i ważne. Nie każdy tak robi.

Ostatnio ofiarą drobnego żartu padło Google, co jest nieco dziwne, bo kto jak kto, ale oni znają się na wyszukiwaniu. Sam mechanizm jest tak prosty, ze aż dziw bierze iż zadziałał. Dowcipniś umieścił na serwisie prasowym informację, iż Google za 400mln dolarów kupiło firmę ICOA odpowiedzialną za dystrybucję technologii WiFi dla zatłoczonych miejsc publicznych. Temat podchwyciły główne serwisy informacyjne, z Amerykańską Agencją Prasową na czele. Innymi słowy, z średnio wiarygodnej strony wieść poszła jak ogień na najbardziej szanowane w branży media. Przez to fałszywa informacja o Google była jedną z najwyżej pokazywanych informacji, szczególnie w funkcji Google News (która jest praktycznie bezbronna na tego typu ataki). Naturalnie giełda odpowiedziała na te ruchy, więc ceny akcje najpierw poszły w górę, a parę godzin po tym w dół, aby ogólnie bilans wyszedł mniej więcej na zero.

Czemu o tym piszę? Aby pokazać po pierwsze ciekawostkę, jaką jest to że firma, która zasadniczo żyje z wyników wyszukiwania, została poprzez własny mechanizm uderzona, a po drugie aby pokazać, że zdarzenia czysto wirtualne potrafią mieć znaczny wpływ na otaczającą nas rzeczywistość.

Burza, tylko czemu burza?

Część z osób siedząca w branży SEO z pewnością wie o narzędziu do przewidywania pogody dla nas, tych szaleńców, którzy biegają za wytycznymi od Google w trybie bieżącym (a Google robi zmiany małe, duże co chwilkę). Ogólna zasada prognozy jest całkiem prosta. Słonecznie i umiarkowana temperatura równa się brakowi większym zmian, zaś burza i upał, cóż spodziewajmy się maili od kochanych klientów.

Parę dni temu, w weekend była całkiem spora burza, która praktycznie nie miała sensu jeśli chodzi o dwa ukochane zwierzątka SEOwców, czyli Pandę i Pingwina. Panda miała aktualizację na początku listopada i dopiero na święta spodziewam się tego, że znów będziemy przepisywać teksty. Zaś Pingwin jest grzeczny, chociaż mam wrażenie, że mimo braku kolejnej wycieczki do zoo, ktoś zmienił zasady gry. Stoją za tym trzy duże przesłanki, po pierwsze pozycje stron uległy sporemu przetasowaniu, na lepsze i gorsze jak to bywa kiedy my nic nie robiliśmy dużego, a Wujek Google odpalił większą zabawkę. Po drugie strony do których linki nie posiadały Kotwic poszły mocno w górę. Po trzecie, masa stron dostała lekkiego kopa w górę, mimo że słowa klucze na nich były inne niż te, których szukaliśmy. Wygląda to jak drobna zmiana, tylko że na śledzonych przeze mnie stronach i blogach (prowadzonych przez osoby, które już takich zmian widziały setki) pojawiła się myśl, że tak jak zaplecza linkowe i teksty z słów kluczy tak teraz Kotwice idą, nomem omen, na dno. O ile uzasadnieniem dla zmiany zasad co do linków było, jak pamiętamy, ukrócenie masowego zamieszczania ich gdzie tylko się da, a przez to usunięcie nieco spamu z Sieci (bo się nie opłaca), a Panda miała uczynić teksty czytelne dla ludzi tak w tym wypadku motywy są bardziej tajemnicze. Ok, czasami tekst z duża ilością Kotwic się czyta średnio, ale też nie przeszkadza mi to bardzo. W dodatku nie zaburzają one tekstu, więc tak zwane User Experience nie jest psute. Z drugiej strony, pojawienie się wyżej stron, które nie mają w meta tego co szukamy, tylko w tekście pokazuje gdzie teraz jest ułożony akcent. Aby było ciekawej, przez to pojawia się większa szansa, że kiedy wpiszę „typ baterii w telefonie komórkowym” to trafię na stronę z recenzjami, gdzie ta fraza pojawia się, owszem, ale nie daje mi zupełnie nic, kiedy chcę wiedzieć jaki typ jest znacznie lepszy. Bo akurat pisze o tym artykuł czy coś.

Zmiany w Algorytmie (tak, to lepiej pisać z dużej) są ciekawe i w miarę możliwości będę podawać je na bieżąco. Należy przy tym zauważyć, że Google rzadko potwierdza co faktycznie zrobił, zaś prawdziwe skutki tych zmian widzimy nie tyle w trakcie ich wprowadzania tylko po dłuższym czasie. I do momentu pojawiania się oficjalnego oświadczenia za jakieś pół roku, jedyne co mamy to poszlaki. Można więc powiedzieć, że naszym hobby jest zabawa w detektywów.